Od paru dni męczyły mnie apokaliptyczne wizje. Taki Armagedon. Standardowa sceneria, wszystko zniszczone, budynki pozawalane, a po środku wszystkiego... Ja. Samiutki jak palec, nieudolnie wołający o pomoc, a raczej błagający o jakikolwiek ludzki odzew ze strony ruin. Głupia sprawa, taka nierealna... Ale się nią przejmowałem. Cholernie się przejmowałem. W TV nie zapowiadali ostatnio końca świata, bo sprawdzałem. Żeby oderwać się od nękających mnie wizji, wybrałem się na tą heretycką imprezę. Ot, żeby odreagować. Nie żebym nie lubił takich zabaw, ale mimo wszystko za nic nie było mi do śmiechu.
Wziąłem łyk ohydnego, rozwodnionego piwska- "studenckiego" i mało co żołądek nie podszedł mi do gardła. I jak słowo daję, rzygnąłbym, ponieważ w idealnym momencie moja szyja zamknięta została w uścisku znajomych, szorstkich dłoni.
-Co tak smęcisz?- wprost do ucha zaśmiał mi się nikt inny jak "stary, dobry" Ksawery. - Kochaaanaaa, on wróci. - poklepał mnie po ramieniu i zwalił swe chude dupsko na moje kolana.
-Jesteś narąbany w trzy dupy. Mówiłem ci już z sześć razy o co chodzi. - uniosłem brew, w charakterystycznym dla siebie wyrazie i zlustrowałem jego tępawą (znaczy uroczą) twarzyczkę. Ksawery był moim najlepszym przyjacielem i znaliśmy się właściwie od kołyski. Wiadomo, kłóciliśmy się czasem, ale zawsze godziliśmy, jak stare dobre małżeństwo. Wszędzie trzymaliśmy się razem. W szkole, w klubach, w grach. On traktował mnie jak swojego przydupasa, a ja jego jak swojego, więc uzupełnialiśmy się idealnie. Jak malarz i pędzel, malibu i mleko, ying i yang, pracownik biurowy w wielkiej korporacji i strona pornograficzna.
-Rusek, żyj!- zarobiłem siarczystego plaskacza, więc ocknąłem się z zamyślenia natychmiastowo. Dodatkowo ta głupia ksywka, działająca na mnie jak płachta na byka. Wcale nie miałem rosyjskich korzeni, po prostu "Rusek" bo "CyRUSEK". Fuj. - Mówiłem ci że jakiś blondynek gapi się na ciebie cały wieczór, a ty masz go w dupie... Kiedy to on powinien mieć ciebie! -Ksawery wskazał mi jakiegoś chłopaczka, stojącego nieopodal.
-Tylko po to przyszedłeś mnie nękać? - mruknąłem sarkastycznie, znów przybrałem swoją standardową minę. Kiedyś mi ta wiecznie uniesiona dla podkreślenia zblazowania brew tak zostanie i Ksawery będzie mi płacił za operację, żebym znów był piękny. Chociaż zawsze mogę uratować się swoją grzywką, bo w sumie do kamuflowania czoła jest idealna.
-Kurna, Cyrus. Odstaw zioło i postaraj się skupić!- zawołał z wyrzutem.
-Wybacz...
-Idź, weź go w kiblu a potem pojedziemy do mnie i się porządnie zjaramy. - wstał z moich kolan i zniknął w tłumie, kierując się w stronę głównego baru.
-Mówiłeś coś o odstawieniu zioła...- mruknąłem na pożegnanie.
No właśnie...W przeciwieństwie do Ksawerego, jestem gejem. Może mój kumpel nie pokazał swojego heteroseksualizmu zachowaniem z przed chwili, lecz i tak nie zmienia to faktu, że interesowały go tylko cycki. Ale wróćmy do mnie. Jestem dwudziestoletnim, bezrobotnym studencikiem-ciotą. W dodatku nie badającym się i zmieniającym "partnerów" co piątek. Nie byłem w stałym związku od podstawówki, kiedy to umawiałem się z rok starszą Laurene (nie mając pojęcia czym jest homoseksualizm, rzecz jasna). Laska teraz jest na medycynie w Niemczech... A ja tkwię na ASP*. Ale co ja do cholery będę po tym robił? Nie ważne. Przejdźmy do sfery miłosnej. Byłem samotny. W sumie to znalezienie stałej drugiej połówki w moim przypadku nie byłoby takie trudne... Miałem raczej powodzenie zarówno u mężczyzn jak i kobiet. Wszyscy chwalili mnie za idealną rzeźbę ciała, wyrobioną od biegania, ciemnozielone, rzadko spotykaną barwę oczu i tak zwaną "wrażliwość artysty" (chociaż do ckliwych ma duma zaliczyć mi się nie pozwoliła). Ale co mi po oczach, kiedy nikim się tak naprawdę nie interesuję.
Zerknąłem w stronę tego blondynka o którym wspomniał mój kumpel i uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Młody wyglądał na takiego co niedawno skończył osiemnastkę i ma ochotę zgwałcić wszystko co go otacza. Pewnie dopiero odkrywał swoją seksualność. Biedaczek. Pamiętam jak miałem tak jak on, a teraz skończyłem jako bezuczuciowy emos, nie wierzący w istotę seksu z miłości.
Wracając do tematu. Chłopak był całkiem niczego sobie, choć nie w moim typie. Pierwszym związanym z nim skojarzeniem było: plejas. Taa... Idealnie go to opisywało. Choć do miana plejasa brakowało mu trochę męskości... Przynajmniej w moim mniemaniu.
W pewnym momencie puścił mi oczko. Jaka żenada... Tak się podrywało w zeszłym stuleciu. Ale cóż zrobić. Podszedłem do niego nieśpiesznie. W międzyczasie sięgnąłem do kieszeni po owocową gumę do żucia i wpakowałem ją sobie do ust. Może to żałosne, ale nie cierpiałem miętowych gum. Były takie gorzkie i wypalające podniebienie. Gorzej niż bimber, który ojciec Ksawerego za życia pędził w piwnicy...
-Widzę że się nudzisz... - zamruczał chłopak, gdy już stanąłem przed nim. - Jeśli chcesz mogę ci nieco umilić czas. - zmierzył mnie wzrokiem, ale z pewnością niewiele dojrzał w słabym, fioletowym świetle, które było nieodłącznym elementem klubowej atmosfery. Udało mi się jednak dostrzec, iż był ode mnie znacznie niższy i drobniejszy.
Wyłamałem odruchowo palce i pochyliwszy się nieco, przesunąłem nosem po jego szyi. Muszę przyznać, że całkiem nieźle pachniał.
-Myślę że w kiblu będziemy się lepiej bawić... - nie sądziłem że uda mi się kogokolwiek dzisiaj wyrwać, ponieważ klub był nastawiony dla hetero. Nie było nawet darkroom'u, więc męska, brudna ubikacja pełniła zastępczą zań rolę. Ciężkie życie, ale co poradzić, jak się jest zbyt zabieganym, by zabierać zabawki do domu...
Poszedł za mną do kibla i zamknęliśmy się razem w kabinie. Toalety w klubach pokroju "Hazela" były na tyle obskurne, że nikt z nich nie korzystał. Zapewniało to takich jak my, że nikt nie popsuje zabawy.
Jeszcze raz mnie zmierzyliśmy się wzajemnie. Tutaj światło było mocniejsze i sądząc po jego usatysfakcjonowanej minie, nie popsułem pierwszego pozytywnego wrażenia, jakie wywarłem na nim w klubowej sali. Mi też się nawet spodobał. Z bliska miał ładniejszą buzię niż myślałem. Bez zbędnych delikatności, wpiłem się w jego wargi, przyciągając go za podbródek. Wyczułem nań lekki, kilkudniowy zarost. Nasze języki splotły się, sięgając głęboko i smyrgając wzajemnie podniebienia. Było w tym nawet sporo pasji. Obaj chcieliśmy się zaspokoić, więc staraliśmy się zapewnić sobie jak najintensywniejszych doznań. Po chwili takich "mokrych czułości" wyczułem w nim posmak tego obleśnego piwa. Aby mu zaradzić, wepchnąłem gumę do jego ust i odsunąłem się. Patrząc mu w oczy, rozpiąłem mu spodnie i zsunąłem je do kostek. Z lekkim zniesmaczeniem zaobserwowałem u niego brak bielizny. Ze skrzywioną miną otaksowałem jego kutasa. Jedyną myślą, która pchała mi się do głowy, gdy na niego patrzyłem było krótkie : przeciętny do bólu. Z westchnieniem obróciłem go tyłem do siebie i pchnąłem, tak żeby przywarł policzkiem do niebieskich kafelek, którymi wyłożona była ubikacja. Całowałem jego kark, dociskając go do ściany i rozpinając sobie spodnie. Puściłem go po chwili i zacząłem bawić się jego tyłkiem. Dałem mu klapsa, na co obaj zaśmialiśmy się cicho. Na serio równy gość. Wywnioskowałem to co prawda na podstawie naszej jakże długiej znajomości, ale prawdę powiedziawszy kierowałem się zasadą: jaki w łóżku, taki i poza nim. W końcu, po założeniu truskawkowej gumki, przyłożyłem czubek swojej naprężonej męskości do jego wejścia. Wsunąłem się powoli. Był nawet ciasny. Z jego ust wyrwało się parę krótkich stęknięć, a ja tylko odetchnąwszy głębiej wsunąłem się prawie po nasadę. Odchyliłem głowę i po krótkim przyzwyczajeniu go do moich rozmiarów narzuciłem swoje ulubione, pośrednie tempo. Nie żebym uważał, że mój mały kolega jest największym jakiego świat widział, ale i do najmniejszych nie należał. Czułem jak chłopak lekko drży, więc ględziłem go po udach i plecach. Obijałem się trochę o niego jądrami, lecz i to mu chyba nie przeszkadzało. I tak oto znalazłem się w swoim świecie. Ograniczonym ciasnotą tego, co akurat było pode mną.
Zgraliśmy się ruchami i obydwaj czerpaliśmy z tego czystą przyjemność. Akcja nie trwała w sumie za długo i obaj osiągnęliśmy spełnienie. Najpierw ja, potem on. Gdy było po wszystkim, oparłem się brodą o jego ramię, przytulając lekko jego plecy, a on przywarł twarzą do ściany. Szybko, krótko i na temat, można by rzec.
Nagle zgasło światło, i muzyka płynąca z klubowych głośników ucichła. Kibel zalał mrok, a z sali dobiegały wzburzone głosy i dziewczęce piski.
Wyszedłem z niego i zdjąłem gumkę bez słowa. Takie były uroki toaletowego seksu, że nie trzeba było latać z prezerwatywami po całym domu, tylko wrzucić do kibla, który był właściwie pod nosem i po sprawie. Gorzej było ze spermą na ścianie, ale to już sprawa pasywa. Niektórzy sprzątali po sobie, a niektórzy zostawiali. W różnych sytuacjach zdarzało mi się być. Ten chłopak chyba wytarł na oślep, bo usłyszałem jak bierze dość sporo papieru. Dopiero gdy zapiałem spodnie, byłem zdolny do rozmowy.
-Spoko, pewnie nie zapłacili za prąd. - mruknąłem i wyjąłem z kieszeni paczkę waniliowych papierosów. Odpaliłem jednego. Chłopak też się ubrał. Obrócił się do mnie przodem.
-Tak, wiem. Dzięki, fajnie było. No i tak w ogóle to Kaspian jestem. - z jego tonu wywnioskowałem że faktycznie jest zadowolony.
-A no było. Ta,dzięki. - burknąłem i po omacku wydostałem się z kibla. Poszedł za mną, ale po zamknięciu toaletowych drzwi nasze drogi rozeszły się bez zbędnych pożegnań i każdy poszedł w swoją stronę.
Z fajką w pysku skierowałem się do wyjścia z lokalu. Ludzie jeszcze kotłowali się w nadziei że impreza się wznowi, ale mi to było obojętne. I tak już skończyłem. Gdy wydostałem się z ciemnego, przeludnionego pomieszczenia, napisałem SMS do Werki żeby zbierał dupę i już po chwili był przy mnie. Chodziło rzecz jasna o Ksawerego. Często zdarzało mi się mówić na niego "Werka". Taki skrót od KsaWERY.
Budynek klubu w porównaniu z otaczającym go osiedlowymi blokami był bardzo niski. Taka zwykła, szara bryła z płaskim dachem. Przed głównym wyjściem było małe podwyższenie, dla bezpieczeństwa otoczone barierką z szeroką poręczą.
-Dobry piesek. Przychodzi jak pansio woła. - mruknąłem, gdy Ksawery stanął przy mnie.
-Spadaj. Lepiej popatrz po okolicy. Chyba w całej dzielnicy nie ma prądu...
Rozejrzałem się i faktycznie. Przydrożne lampy były pogaszone i w żadnym oknie z okolicznych wieżowców nie paliło się światło. Tylko gdzie nie gdzie widać było blaski latarek.
-Może jakieś oszczędzanie energii przez miasto czy inne gówno? - spytał Ksawery.
-Raczej kasy, ale z resztą bo ja wiem... Czekaj tu, albo idź do auta. - dałem mu kluczyki. - Zaraz do ciebie wrócę i pojedziemy. Teoretycznie byłem po dwóch "studenckich" a to jak jedno małe normalne piwo, więc mogłem prowadzić.
Skinął głową i skierował się w stronę mojego samochodu. Chciałem żeby poszedł, bo był już porządnie nawalony, więc mógłby zrobić sobie krzywdę, robiąc to co ja.
Wszedłem na balustradę przy miejscu, gdzie stykała się ze ścianą, a potem wdrapałem się na murowaną markizę, znajdującą się nad wejściem. Teraz tylko wystarczył wyższy krok na dach i już widziałem mogłem zobaczyć sporą część miasta. Dzielnica leżała w najwyższym punkcie w okolicy, więc nawet z niskiego dachu ogarnięcie wzrokiem większości terenu nie było problemem.
W całym mieście nie było światła. Tylko samochodowe reflektory zostawiały po sobie nikłą poświatę. Z jednej strony wiadomo że o trzeciej nad ranem większość mieszkańców śpi, ale zawsze zdarzają się wyjątki i tak na dobrą sprawę aktywność ludzką widać było przez całą dobę.
Pociągnąłem jeszcze bucha i zgasiłem papierosa nogą. Zszedłem z dachu tą samą drogą co wszedłem i skierowałem się w stronę samochodu.
Jadąc z bełkoczącym Ksawerym, nachodziły mnie dziwne myśli. Były tak ciężkie i intensywne, że ledwo udawało mi się skupić na drodze. A najgorsze było to, że zdarzało mi się miewać tak częściej z dnia na dzień.
A co jeśli moje wizje mają się spełnić? Co jeśli brak prądu to dopiero początek końca?
Brednie. To nie możliwe.
Ale jeśli możliwe?
***
Potem dotarliśmy do domu Ksawerego. Znalazł w pokoju ojca starą lampę naftową i rozpalił ją bez problemu. Mój kumpel mieszkał sam, odkąd jego tata umarł. Matkę wykończył mu AIDS, gdy Werka miał piętnaście lat, a Aloisy zszedł na zawał w zeszłym roku. Ksawery bardzo to przeżył. Pomagałem mu wtedy, a najgorzej było na początku, gdy na każdym kroku miał myśli samobójcze. Nie miał tak nawet po śmierci matki. Nie lubił jej. Ćpała i przyprowadzała do domu kochanków, gdy ojciec był na wojnie w Afganistanie. Nie dziwota że się zaraziła.
Kuchnia Ksawerego, będąca stałym miejscem naszych przesiadywań zajmowała stosunkowo niewielką powierzchnię. Zawsze kojarzyła mi się z chłodem, pomimo iż jej wystrój zachowany był raczej w ciepłych odcieniach. Tylko ta beznamiętna, wiecznie panująca w niej atmosfera, która oddzielała kuchnię od reszty mieszkania... Przynosiła na myśl odczucie zimna, stąd też wynikało moje skojarzenie.
-I co męczą cię te wizje?- spytał jak zawsze subtelnie Werka, siadając przy stole.
-To nie do końca wizje... Bardziej takie sny. -mruczałem, odpalając skręta. -Tylko nie zawsze jak śpię...
-No to jakbyś to nazwał?- dopytywał się.
-Nie wiem... Mary? -zaciągnąłem się i podałem mu jointa.
-Dziwny jesteś.
-Dzięki. - burknąłem. -Ale na poważnie. Nawet nie wiesz jak mi z tym ciężko... Widzieć jak inni ludzie umierają, jak powoli wszystko się wykrusza. - usiadłem pod lodówką i podparłem się czołem o nadgarstek. -Ja nie wiem ile jeszcze dam tak rade.
-Może się spotkaj z jakimś psychologiem, czy coś?
-Na cholerę mi psycholog... Nie pomoże, tylko kasę weźmie. A ja nawet kasy nie mam. - westchnąłem.
To była prawda. Brakowało mi pieniędzy... Moi rodzice nie pomagali mi się utrzymywać, mieszkałem sam, no i jak wcześniej wspomniałem - byłem bezrobotny. Kiedyś myśleliśmy z Ksawerym plan, żeby zamieszkać razem, ale ani moje, ani jego mieszkanie nie jest na tyle duże żeby pomieścić dwie osoby. Moja kawalerka miała dumne dziesięć metrów kwadratowych, a jego piętnaście. Nie było szans na pomieszczenie się. Ksawery wcześniej mieszkał z ojcem, ale radzili sobie. I tak stary Aloisy spędzał większość czasu w niewielkiej piwnicy, gdzie urządzał bunkier. Tak na prawdę nie wierzył że kiedykolwiek może się komukolwiek przydać, ale układając konserwową żywność wyłączał się i zajmował sobie wolny czas. Teraz te wszystkie przygotowane graty czekają tam na apokalipsę rodem z moich wizji...
-Dasz mi swoją starą kostkę do gitary z autografem Riedel'a to zrobię ci taką terapię, że będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. - zaśmiał się i zaciągnął.
-Taa, gdyby to było takie łatwe...
-Co oddanie kostki, czy uczynienie cię najszczęśliwszym?
-I jedno i drugie stary. -bąknąłem i zabrałem mu jointa. Wstał i przecisnąwszy się usiadł obok mnie.
- Chodź do sypialni. - rzucił ni z tego ni z owego, gdy brałem bucha. Czułem na sobie jego wyczekujące spojrzenie.
-Po co?
-A po co się chodzi do sypialni?- mruknął ironicznie.
-Żeby... Yyy... Spać?- uniosłem brew w charakterystycznym dla siebie geście.
-No już ty powinieneś wiedzieć.
-Zapomniałeś że jesteś hetero?- zaśmiałem się i podetknąłem mu skręta pod usta a on się zaciągnął.
-Chcę spróbować. - powiedział, wydychając leniwie dym z płuc.
-Zapomnij. - skrzywiłem się wrednie i wstałem. Wyciągnąłem do niego rękę, a jointa wpakowałem sobie do ust. Podniósł się z moja pomocą i zachwiał lekko. Pchnął mnie na lodówkę, wspierając się na moich przedramionach, a ta zaczęła cicho burczeć. Włączyła się, czyli prąd wrócił. Kliknąłem przełącznik światła i pomieszczenie zalała jasność. W głębi ducha odetchnąłem z ulgą.
-Będziemy żyli. - Powiedział sennie.
-A co? Wątpiłeś w to?
Uśmiechnął się w odpowiedzi i stanął wyprostowany. Dokończyliśmy skręta i udaliśmy się w ciszy do sypialni. Położyłem, a raczej rozwaliłem się na jego łóżku, układając ręce pod głową, obserwował mnie z zaciekawieniem. W końcu ułożył się delikatnie obok mnie i przytulił.
-Ktoś tu jest ciotą.- zaśmiałem się chrapliwie.
-Ktoś tu zaraz wyląduje na ulicy jak się nie zamknie. - warknął, po czym zagasił lampkę stojącą obok łóżka. Wrócił do tulenia mnie. Nie odepchnąłem go, ale też nie odpowiedziałem na jego gest. Nigdy nie chciałem go zmuszać do zmiany orientacji. Zawsze się taki robił po trawie i tyle. Już się przyzwyczaiłem.
W końcu zasnęliśmy obaj. I znowu się zaczęło...
Było ciemno i duszno, miejsca miałem tyle, że gdy wyciągałem ręce na boki, to dotykałem równoległych ścian koniuszkami palców. Znikąd nie docierało do mnie żadne, nawet najmniejsze światełko. Czułem się jak w pułapce. Panika wzięła górę nad rozsądkiem i zacząłem się miotać, waląc bezsilnie w otaczające mnie ściany. Jak dzikie zwierze, które wpadło w sidła.
Poskutkowało. Jedna ze ścian zgrzytnęła i osunęła się nieco, otwierając mi małe okienko na świat. Wychyliłem się zdesperowany, łapczywie chłonąc światło, które wpuszczał otwór. Rozejrzałem się... I już wolałem być zamkniętym z powrotem. Zebrało mi się na wymioty i ledwo się od nich pohamowałem. Serce razem z żołądkiem i wątrobą podeszły mi do gardła, bo widok, który dosięgnął moich oczu był okropny. Ale znałem już tą scenerię aż za dobrze.
Wszędzie, gdzie wzrokiem sięgałem walały się różnorakie graty i ogromne kamienie, z których wystawały grube druty. To były fragmenty wielkich belek nośnych. Wszystko byłoby z nimi w porządku, gdyby nie jedna anomalia. Niektóre bloki był ubrudzone czerwienią, a gdzieniegdzie dotrzeć można było fragmenty ludzkich szczątków. Biel odkrytych kości iskrzyła się w jasnym słońcu jak śnieg, kontrastując z ciemnoszarymi blokami i gruzem. Mówiąc graty miałem na myśli różnorakie elementy wyposażenia domowego i strzępki materiałów. Można było się dopatrzeć książek, zabawek, butów, szuflad, czajników i wielu innych. Każdy element tej mozaiki z osobna wyglądałby niewinnie, ale cały obraz przynosił na myśl tylko jeden scenariusz... Czarny, jak w tamtym zamknięciu. Do tego wszystko było bardzo realistyczne... Upiornie realistyczne.
I poczułem, jakbym słyszał ludzkie krzyki i znał cierpienie, które przeszli. Widziałem jak wszystko się trzęsie, a potem wali. Ciężkie bloki przygniatają uciekających anonimowych ludzi i dla nikogo nie ma ratunku. Obraz ten ni stąd ni zowąd pojawił się przed moimi oczami. Półprzezroczysta mara...
Tak jak mnie ta wizja nawiedziła, tak zniknęła i znowu stałem na gruzach. Spojrzałem przed siebie. W samym środku tego pobojowiska leżał mały biały miś. Jego futerko było odrobinę skalane czerwienią. Pod szyją miał zawiązaną brązową kokardkę, a w łapkach trzymał karteczkę. Poczułem niezaprzeczalną chęć, a raczej obowiązek odczytania jej zawartości. Podskoczyłem i wspiąłem się na ścianę, a potem wydostałem na kamienie. Dostawszy się do maskotki, szybko zabrałem karteczkę i ją rozwinąłem. Zamarłem. Widniejąca nań informacja brzmiała: TO TWOJA WINA. Czułem jak zaciska mi się gardło, a dłonie drżą. Cały drżałem...
Ze snu wyrwał mnie czyjś krzyk. Obudziłem się, więc to był na szczęście sen. Ale krzyk? Czyj? Mój? Nie, to nie możliwe. Otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą Ksawerego. Gadał coś z zapałem i patrzył na mnie. Czułem się jakbym był zamknięty w szklanym pojemniku z zadymionymi ścianami.
-Kurna! Cyrus, nie rób tak!- wypłynęło z jego ust. Potrząsnął mną lekko i wyrwałem się z tego dziwnego otępienia.
-Ale co?- spytałem.
-O matko... Ale mnie przestraszyłeś głupi!
-Co ja takiego zrobiłem? - wszystko wróciło do normy... Tylko wspomnienia ostatnich pięciu minut były jakieś zamazane... Jest czerwień i pluszak i jakaś kartka? Nic nie rozumiałem.
-Zacząłeś krzyczeć że- nakreślił w powietrzu cudzysłów palcami.- "to przez ciebie" i miotać się, jakby cię palili żywcem. - mruknął i opadł na materac.
Te słowa... To przez ciebie... To przeze mnie? Już pamiętam. W kakofonii zabieganych myśli mogłem dostrzec tą jedną. Zapisaną jako wspomnienie. Czego? Snu. Znowu byłem w nim sam, w scenerii wprost z horroru.
-Cyrus?- poczułem kuksańca w bok.
-Wybacz. Już się kładę.- bąknąłem i ułożyłem się obok niego. Czułem się jak w letargu. Cały zesztywniałem ze strachu. Poczułem jak się do mnie przytula, więc objąłem go ramieniem. Nigdy bym się do tego nie przyznał głośno, ale brakowało mi teraz dotyku.
-Śpij już, ale pójdziemy do psychologa. - zamruczał.
-Dobrze. Zrobimy jak uważasz. - chciałem tylko żeby poszedł spać bez dalszego marudzenia.
Nie zasnąłem. Nie mogłem. W mojej głowie, niczym w wielkim bębnie pralki kotłowały się zagubione myśli. Toteż ich tor nie był mi znany. Jedne kręciły się wokół poprzedniej wizji, inne przetwarzały ubiegłe wydarzenia. I jeszcze inne, te odleglejsze, oddzielone od reszty kurtyną, kalkulowały prawdopodobieństwo połączenia tych dwóch elementów w całość.
Czy zwykła awaria prądu ma się jakoś do post-apokaliptycznych snów takiego popaprańca jak ja?
Ech... Znowu te głupie myśli i założenia. Beznadzieja. Może faktycznie powinienem wysłać się do psychologa... Albo najlepiej do psychiatryka! Będę żył na koszt państwa z udawaną schizofrenią. Tylko gorzej będzie jeśli okaże się że na prawdę ją mam.
Postanowiłem spróbować oczyścić umysł. Wziąłem parę głębszych wdechów i wydechów. Pomogło mi się to rozluźnić, a to już coś. Z myślami uporałem się chwilę później, metodą skupiania całej uwagi na jakiejś pierdole. To dobry sposób, stworzony przeze mnie. Trzeba skupić się na jakiejś błahostce i w końcu myślenie staje się tak nudne, że człowiek zupełnie się wyłącza. Polecam schizofrenikom.
Jakoś udało mi się jednak zasnąć i teraz mojego odpoczynku nie zakłóciła żadna niechciana anomalia, pokroju dziwnych snów.
***
Tak na miły początek dnia, na pobudkę od Ksawerego zarobiłem kopniaka w brzuch. Nawet nie wiem jak on to zrobił, ale udało mu się trafić prosto w żołądek.
-Werka... - jęknąłem. W odpowiedzi usłyszałem zaspane westchnienie, znaczące: spróbuj mnie tknąć, to pożałujesz. Już nie raz nam się takie sytuacje zdarzały. A niech sobie odpocznie. W końcu jest niedziela.
Z głuchym stęknięciem podniosłem się i przeciągnąłem. Kilka kręgów przeskoczyło mi z cichym kliknięciem. Rozejrzawszy się nieco doszedłem do jednoznacznego wniosku, że mój kumpel to syfiarz. W pokoju malował się obraz typowej sielanki. Ksawery wyglądał jakby zakończył już żywot i spoczywał w tej samej pozycji jakiś tydzień. Leżał z otwartymi ustami i kończynami porozkładanymi na boki, a na około niego walały się ubrania, śmieci i puste butelki po piwie.
Ogarnąłem się nieco i wyjadłem mu pół lodówki w ramach śniadania; przecież to najważniejszy posiłek dnia! Nawet po sobie pozmywałem. Przygotowawszy się do wyjścia, pocałowałem go w policzek na pożegnanie. Mruknął tylko cicho. Było już grubo po dwunastej. Opuściłem jego mieszkanie i skierowałem się do własnego.
Prowadząc swoją niezawodną skodę felicię** przypomniałem sobie imię tego wczorajszego chłopaka. Kaspian... Ładnie. Nie ma co, fajny facet. Ciekawe czy kiedyś go znowu spotkam. Może z nim mógłbym spróbować pobawić się w coś stałego? Głupia sprawa, tak po jednym seksie coś zacząć. Ale z drugiej strony jakby inaczej?
Dojechałem do mieszkania i właściwie do wieczora się obijałem. Trochę się pouczyłem, pospałem i posprzątałem, nic ciekawego.
Zapadał już wieczór. Usiadłem sobie na parapecie i zapaliłem na dobranoc waniliowego papierosa. Wiem że to pedalskie, ale zwyczajnie nie lubiłem klasycznych fajek. Takie ze mnie dziwadło.
Paląca się na stole lampka zgasła niespodziewanie. Zmarszczyłem brwi i zerknąłem na telefon komórkowy. Dochodziła dwudziesta. Chciałem zobaczyć czy w innych reszcie miasta też nie ma prądu, ale moja kawalerka znajdowała się na parterze i okoliczne bloki zasłaniały mi widok na świat. Wykręciłem numer do Ksawerego. Nie odebrał. Pewnie spał albo był na imprezie. Chociaż w tym drugim przypadku skontaktowałby się ze mną.
Nie mając nic lepszego do roboty, wyszedłem z mieszkania i skierowałem się na górę schodami. Nieźle się przy tym zmachałem. Dotarłszy na piętnaste piętro, oparłem się o parapet. Moje ciche przypuszczenia okazały się trafne. Znów w całym mieście nie było prądu.
_________________________________________________________________________________
Mamy pierwszy rozdział za sobą. Mamy nadzieję, że nuda którą wieje nie zniechęci do dalszego czytania~
*ASP- Akademia Sztuk Pięknych
**Skoda felicia - cudowne auto